25.06.2017

„Wodne strachy” Brenda Bellingham

Szesnastoletnia Chloe, mieszkająca z ojcem i macochą, chce wreszcie nawiązać kontakt z rodziną swojej nieżyjącej matki. Podczas wakacji przyjeżdża więc do kanadyjskiego miasteczka Salmon Arm, gdzie poznaje ciocię Annę, na pół sparaliżowaną babcię oraz rówieśnika z sąsiedztwa. W okolicy znajdują się piękne lasy, wodospad, plaże, jezioro. Jednak dziewczyna, zamiast odpoczywać, czuje coraz większy niepokój. Nabiera podejrzeń, że ciocia ją oszukuje, a mama wcale nie zginęła w wypadku. Może popełniła samobójstwo albo została zamordowana? I dlaczego nie wolno zbliżać się do domku wynajmowanego przez nietowarzyską rzeźbiarkę?

Główna bohaterka „Wodnych strachów” to osóbka interesująca i budząca sympatię. Z pozoru jest pewna siebie, w środku – wrażliwa, przekonana, że dzieje się z nią coś złego. To przecież nienormalne, by dziewczynę w jej wieku męczyły ataki paniki i koszmarne sny. Dziwne też, że w ogóle nie pamięta matki i nie tęskni do niej. Determinacja, z jaką dąży do poznania prawdy, zasługuje na wielki podziw.

Anna i Roz (matka Chloe) urodziły się jako bliźniaczki. Stanowiły swoje lustrzane odbicia, czyli jedna posługiwała się lewą ręką, druga prawą. Na pozór tylko po tym można je było odróżnić. Jednak kiedy dorosły, okazało się, że późniejszy ojciec Chloe wcale nie musiał patrzeć im na ręce, by wiedzieć, z którą z sióstr ma do czynienia. Pokochał Roz, a zapytany, dlaczego po jej śmierci nie poślubił identycznie wyglądającej Anny, wyjaśnił: „Bliźniaczki jednojajowe nie są klonami. Są odrębnymi jednostkami. Nie pytaj mnie, dlaczego pokochałem jedną bliźniaczkę, a nie drugą. Nie wiem tego”*.

Czytając tę powieść, można najeść się dużo strachu, gdyż Brenda Bellingham umiejętnie tworzy klimat narastającego zagrożenia. Kilka scen wręcz mrozi krew w żyłach. Można też porozmyślać, czy ojciec, ukrywając przed Chloe bolesne fakty z przeszłości, postąpił mądrze. Moim zdaniem źle, bo doprowadził do tego, że córka zaczęła obwiniać się o śmierć matki. Dobrze, że za wszelką cenę postanowiła odkryć prawdę.

Trochę szkoda, że tłumaczka niekiedy przesadza z liczbą powtórzeń (vide zdjęcie pod recenzją), poza tym słowa „przybrany” i „przyrodni” traktuje jak synonimy. Bracia przyrodni to nie to samo co przybrani. Chloe miała akurat przyrodnich, bo ona oraz Matthew i Jason pochodzili od tego samego ojca. Ale to będzie przeszkadzało tylko bardziej wymagającym czytelnikom. Młodzież śmiało może po „Wodne strachy” sięgać. 

---
* Brenda Bellingham, „Wodne strachy” („Drowning in secrets”), przeł. Monika Tietze, C&T, 2005, str. 123. 

Monika Tietze
Taki krótki fragment (ze str. 94), a słowo woda powtarza się pięć razy, jej – cztery, twarz – trzy, fala również trzy... Tłumaczka chce zostać rekordzistką powtórzeń?

19.06.2017

„Gra w śmierć” Stefan Casta


Kim wyjechał na biwak z rówieśnikami, których, jak sądził, dobrze znał. Kiedy nastolatkowie rozbili namioty w lesie i wypili alkohol, stali się agresywni. Kim został okrutnie okaleczony i ledwo uszedł z życiem. O tym akcie agresji, walce o przetrwanie oraz zachowaniu ofiary po powrocie do domu opowiada „Gra w śmierć” Stefana Casty.

Przez powieść przewijają się wątki miłosny oraz wietnamski. Jim, opiekun Kima, jest Amerykaninem. Podczas wojny z Wietnamem kazano mu latać samolotem i zrzucać bomby na wioski. W końcu, nie mogąc tego wytrzymać, zdezerterował i osiadł w Sztokholmie. Potem na krótko wrócił do Azji, by załatwić adopcję kilku sierotom i przynajmniej w ten sposób odkupić swoje winy. Kim często opowiada koleżance o cierpieniach dzieci z zaatakowanych krajów, a idąc lasem, ma wrażenie, jakby wędrował przez dżunglę. Te nawiązania do Wietnamu nie są przypadkowe, w zakończeniu zostaje wyjaśnione, skąd się wzięły.

Casta używa prostego, potocznego języka, niekiedy stosuje dziwne metafory. Na przykład palec Kima „zanurza się w jej wilgotnym ptasim gnieździe, gdzie są tylko niektóre ptaki: mały perkoz, sieweczka i słonka”[1]. Sądzę, że tak pruderyjne opisy pasowałyby do romansu dla zakonnic, w książce dla młodzieży – śmieszą. Autor nieumiejący swobodnie opowiadać o erotyce w ogóle nie powinien poruszać tego tematu. 

11.06.2017

„Beethoven i dżinsy” Krystyna Siesicka

„Beethoven i dżinsy” Krystyny Siesickiej to opowieść o rodzinie Lenkiewiczów – Miśce, Alku, Asi i Stefanie. Ten ostatni zajmuje się badaniami ślimaków i zachowuje równie flegmatycznie jak te zwierzątka. Nie stara się rządzić w domu, a w gniew wpada jedynie wtedy, gdy ktoś sprawi przykrość Asi, w której po dwudziestu latach małżeństwa nadal jest zakochany. 

Asia pracuje jako stomalog. Lubi obserwować swoje dzieci i wiedzieć o nich wszystko. Niestety, dorastają i już nie mają chęci zwierzać się matce, tym bardziej, że ona nie akceptuje ich wyborów. Przeszkada jej, że syn nawiązał znajomość z młodzieżą z półświatka, a córka zakochała się w niewidomym. 

Miśce sprawiają przyjemność komplementy oraz gorące spojrzenia chłopców, tymczasem Piotr nigdy tak na nią nie popatrzy. Nie pochwali fryzury czy sukienki, bo jest niewidomy. To miłość niewątpliwie trudna, wymagająca poświęcenia i ostrego sprzeciwienia się osobom, które uważają niepełnosprawnego za człowieka gorszej kategorii. Poza tym Piotr ma mnóstwo kompleksów i nie wiadomo, z czego będzie się utrzymywał. Czy tylko z renty? Wielkie nadzieje wiąże z maszynopisem, który posłał do wydawnictwa. Jeśli wydrukują tę powieść, będzie mógł zarabiać jako pisarz.  

07.06.2017

„Gobseck” Honore de Balzac


Hrabina de Grandieu z niepokojem obserwuje sympatię swojej siedemnastoletniej córki Kamili do Ernesta de Restaud. Młodzieniec jest zacny, ale najprawdopodobniej zrujnowany z winy matki, Anastazji de Restaud, nie nadaje się więc na męża. Wówczas przyjaciel rodziny, prawnik Derville, opowiada historię, po usłyszeniu której hrabina będzie mogła spojrzeć na Ernesta łaskawszym okiem. 

„Gobseck” to utwór o wielkim skąpstwie, zachłanności na pieniądze, okrucieństwie i głupocie. Balzac wprowadził zarówno postacie dobre (Kamila, Deville, Ernest i jego ojciec), jak i nikczemne (Maksym, Anastazja). Tytułowy Gobseck jest na swój sposób uczciwy, bo nigdy nie popełnia czynów niezgodnych z prawem, ale pozbawiony ludzkich uczuć. Nie rozczula go nawet najsmutniejsza historia, martwi się jedynie tym, że ktoś kiedyś odziedziczy jego majątek. A majątek to pokaźny, bowiem Gobseck zajmuje się lichwą i za bezcen odkupuje kosztowności od zdesperowanych arystokratów.

Według Balzaka profesja lichwiarza daje wielką władzę nad ludźmi. Gobseck zna wszystkie tajemnice paryskiej śmietanki towarzyskiej i umie je wykorzystać. Klękają przed nim nawet najbardziej krewcy mężczyźni, a najpiękniejsze kobiety chętnie by mu się oddały w zamian za umorzenie długów. Widzi tyle nikczemności i nędzy ludzkiej, że z czasem zaczyna reagować na wszystko ze stoickim spokojem. Staje się cyniczny, odporny na próby manipulacji, prośby i groźby. Ceni tylko pieniądz.

Balzac pisze w sposób dosadny i ukazuje wady ludzkie w bardzo ostrym świetle. W treść wplata wiele długich opisów wnętrz i wyglądu oraz spostrzeżeń świadczących o tym, że jest przenikliwym obserwatorem i psychologiem. Buduje zdania wielokrotnie złożone. Postacie często scharakteryzowane są z humorem, a te negatywne – ze złośliwością. Gobseck ma na przykład „bladą twarz cuchnącą pieniądzem”[1]. Rozbawiło mnie stwierdzenie, że jeśli „był rad ze swojego dnia, zacierał ręce wypuszczając przez popękane szczeliny twarzy dym wesołości”[2].

Przeczytałam już chyba osiem opowieści Balzaka i tę zaliczam do lepszych. Początek nie wciąga, ale kiedy na scenie pojawia się Anastazja, robi się ciekawie i przerażająco. Ta kobieta nie cofa się przed żadnym występkiem, nie umie nawet uszanować umierającego męża. Jej podłość nie ma granic. Straszna postać, przy tym bardzo wiarygodna. 

Kilka cytatów świadczących o wielkiej inteligencji i spostrzegawczości Balzaka:
„Życie to jest praca, rzemiosło, którego trzeba się nauczyć. Kiedy człowiek, przebywszy wszystkie bóle życia, nauczył się go wreszcie, fibry jego hartują się i nabywają pewnej wrażliwości, która pozwala im panować nad swą wrażliwością; zmienia swoje nerwy w stalowe sprężyny, które poddają się nie pękając”[3]. 
„Przed trzydziestką uczciwość i talent są jeszcze jakąś hipoteką. Później nie można już polegać na człowieku”[4].
„Wdzięczność to jest dług, który dzieci nie zawsze przejmują w spadku”[5].
„Czy sądzisz, że poetami są tylko ci, którzy pisują wiersze”[6].
„Nie ma nieznośniejszej rzeczy niż człowiek szczęśliwy”[7].
„Jakież straszliwe obrazy ujrzelibyśmy w duszach tych, którzy otaczają umierających, gdyby można zajrzeć do ich wnętrza! I zawsze majątek jest sprężyną intryg, które się obmyśla, planów, które się knuje!”[8].
---
[1] Honoriusz Balzac, „Gobseck”, w tegoż „Czerwona oberża”, Książka i Wiedza, 1953, przeł. Tadeusz Boy-Żeleński, s. 18.
[2] Tamże, s. 8.
[3] Tamże, s. 36.
[4] Tamże, s. 23.
[5] Tamże, s. 7.
[6] Tamże, s. 11.
[7] Tamże, s. 23.
[8] Tamże, s. 41. 

31.05.2017

„Samotność” Zofia Bystrzycka


„Samotność” Zofii Bystrzyckiej w czasach PRL-u wydawana była wielokrotnie. Nic w tym dziwnego, ponieważ to mądra, ciekawa powieść. Śmiało można ją czytać i dziś, bo opowiada o sprawach, które nigdy nie stracą aktualności: o rozpaczy, samotności, miłości do dziecka, zdradzie, wyzwalaniu się spod wpływu mężczyzny, odzyskiwaniu szacunku do siebie, a także o tym, że nigdy nie jest za późno, by zmienić swoje życie. 

Bohaterka ma na imię Zuzanna. Pragnęła zostać pediatrą, ukończyła nawet odpowiednie studia, ale pracuje w biurze, bo tak nakazał pan mąż. A ona męża ubóstwia i pokornie słucha we wszystkim. Nauczyła się tłumić w sobie poczucie wstydu i żalu za porzuconymi marzeniami. I tylko kiedy widzi chore dzieci, coś w niej aż krzyczy, że marnuje życie. Pewnego razu odkrywa, że jest zdradzana...

Akcja rozgrywa się na tle odbudowywanej Warszawy, w Kielcach oraz nad morzem. Bystrzycka posługuje się plastycznym językiem, zwraca uwagę na detale i tło. Bardzo dokładnie opisuje rzeczywistość Zuzanny: ciasne mieszkanko, które w tamtych czasach uchodziło za luksus, rozmowy z biurowymi koleżankami, synkiem Dankiem i babcią Motysią, relacje z mężem. Z retrospekcji dowiemy się, w jaki sposób poznała tego „cudownego” mężczyznę i jak zgłupiała od tej znajomości. Z powodu swojego zachowania będzie denerwowała niejedną czytelniczkę. Ale spokojnie – ta kobieta potrafi się zmienić. Zuzanna z początku książki i Zuzanna z końca to jakby dwie inne osoby. Tę przemianę autorka przedstawiła bardzo wiarygodnie. 

Powieść wzbogacają wzruszające sceny szpitalne. Bystrzycka z czułością pisze o Celince z ogromnym brzuchem, niezdającej sobie sprawy ze swojej brzydoty, o Elżbietce przywiezionej w stanie agonalnym przez lekkomyślną matkę, o sparaliżowanych po polio i innych biednych maleństwach. Wiele z nich nie dość, że cierpiało fizycznie, to jeszcze traciło rodzinę. Bywało, że po wyleczone dziecko nikt miesiącami się nie zgłaszał. Wówczas pielęgniarka osobiście wiozła je do rodziców, nawet na odległą wieś. I nieraz wracała razem z nim, bo okazywało się, że w międzyczasie matka urodziła kolejne dziecko i tego już nie chce... 

Pasjonująca książka, wzbudzająca mnóstwo najrozmaitszych uczuć. Polecam.

22.05.2017

„Ocaleni” Stanisław Benski




Podczas wojny Michał i Mirełe ukrywają się w lesie oraz przebywają w lagrze. Po powrocie do rodzinnego miasteczka odkrywają, że wszystko zostało zniszczone, a ich bliscy nie żyją. Postanawiają więc zamieszkać w Warszawie. Chłopak sprzedaje książki, dziewczyna znajduje pracę w Biurze Odbudowy Stolicy. Mają pieniądze, dach nad głową i siebie. Czy są szczęśliwi?

Główny temat „Ocalenia” Stanisława Benskiego to sytuacja polskich Żydów w roku 1945, wracających z różnych kryjówek czy obozów i próbujących na nowo urządzić sobie życie. Niektórym przychodziło to bez trudu, inni nie umieli uporać się z koszmarnymi wspomnieniami. Mirełe myślami wciąż tkwi w obozie i lesie, gdzie ukrywała się zimą i żywiła zdechłymi ptakami. Wygląda na pogodną, jednak to tylko maska. Marzy o tym, by stracić pamięć. Po pogromach i wielkiej nienawiści nic innego nam nie pozostaje, tylko miłość[1] – uważa. Ale czy potrafi kochać?

15.05.2017

„Moja droga Aleksandro” Krystyna Siesicka


Na miesiąc przed wybuchem Powstania Warszawskiego piętnastoletnia Luiza przyjeżdża na wieś. Mieszka w kurniku przerobionym na domek, wygrzewa się na słońcu, gra w szachy z młodziutkim księdzem, rozmawia z babcią o życiu. Cieszy się swoim rozkwitającym ciałem, pożądliwymi spojrzeniami chłopców, samodzielnością. W mieście widziała wiele okropieństw, tutaj panuje spokój, można nawet odnieść wrażenie, że trwają całkiem zwyczajne, piękne wakacje... 

Po latach, już jako żona i matka, znowu odwiedza Świętą Magdalenę. Ale nie potrafi opowiedzieć córce o przeszłości. Chce jak najszybciej wrócić do domu i w samotności wspominać. Odczytuje listy, które babcia wtenczas pisała, i w myślach tworzy do nich komentarz. I te listy oraz komentarze składają się na bardzo wzruszającą powieść pt. „Moja droga Aleksandro”.

14.05.2017

Seks w obecności dwuletniego, nieśpiącego dziecka, czyli fragment z książki „Dwie kochanki” Marka Harnego

Do sięgnięcia po „Dwie kochanki” zachęciła mnie recenzja, w której napisano m.in., że książka zawiera wiele scen erotycznych przedstawionych z umiarem i niepozostawiających niesmaku. Cóż, najwidoczniej ja mam inny gust, bo jedna z tych scen wydała mi się wyjątkowo niesmaczna. Autor opisał w niej uprawianie miłości na oczach dziecka. I to nie śpiącego niemowlęcia, tylko przytomnego dwulatka. Rzecz działa się w wielkiej willi, kochankowie mogli więc bez problemu zaprowadzić dziecko do innego pokoju. Ale nie dbali o taki „drobiazg”. 

13.05.2017

„Noc nad Jeruzalem” Sven Delblanc

„Noc nad Jeruzalem” Svena Delblanca to ciekawa powiastka filozoficzna ilustrująca tezę, że rozum zawsze przegra z przesądami. Narrator nazywa się Filemon z Megary. Jest greckim filozofem służącym Tytusowi Flawiuszowi. Najchętniej zajmowałby się astronomią oraz badaniem przyrody, ale musi brać udział w wojnach żydowsko-rzymskich i już piąty rok koczować w namiocie wokół Jerozolimy, czekając na przegraną Żydów. Ci jednak, choć puchną z głodu, nadal się bronią. Nieliczni próbują uciec. Najczęściej zostają złapani i po przesłuchaniu przybici do krzyży. Wokół obozowiska wciąż unoszą się krzyki torturowanych i umierających, co denerwuje nielubiącego przemocy filozofa.

Życie Filemona nie jest łatwe. Pogardza prymitywnymi Rzymianami, a ci odpłacają mu tym samym. W dniu, który został opisany w książce, staje przed trudnym zadaniem. Oto nad Jerozolimą zapadają całkowite ciemności. Z jednej strony czuje zadowolenie, bo przewidział, że dojdzie do zaćmienia Słońca, z drugiej – musi zapanować nad przerażeniem Rzymian, którzy żądają, by złożyć ofiarę z człowieka. Akurat wtedy zostaje pochwycony kolejny Żyd – stary, zniedołężniały, wycieńczony Eleazar. Utrzymuje on, że jest prorokiem i widział twarz boga. Doprowadzony do namiotu imperatora, opowiada o pierwszych chrześcijanach, znajomości z Jezusem, swoim rozgoryczeniu i pojmowaniu religii. Czy w zamian za fascynującą historię barbarzyńcy pozwolą mu ocalić życie?

07.05.2017

„W poszukiwaniu ducha” Barbara Rosiek




Marzy mi się wielkie obżarstwo, dobry seks, spacer plażą w letnim słońcu. Czy tak wiele pragnę?”[1].

Pisząc „W poszukiwaniu ducha”, Barbara Rosiek miała czterdzieści sześć lat i przeczucie, że niedługo umrze. Bolał ją kręgosłup, brzuch, przeszła kilka operacji i długo leżała na oddziale reanimacyjnym. A potem zaraziła się wirusem HIV i... zmarła. Tak napisano na końcu książki. Jak mam to rozumieć, nie wiem, bowiem osoba ta wciąż żyje. Wniosek z tego taki, że choć jej książki określane są jako autobiograficzne, w rzeczywistości zawierają wiele konfabulacji i nie warto traktować ich poważnie. 

Autorka nie tylko zmyśla, ale i często przeczy sama sobie. Raz twierdzi, że tajemniczy głos kazał jej wjechać rowerem pod samochód[2], a raz – że to nie była próba samobójcza, tylko wypadek z winy taksówkarza, który wymusił pierwszeństwo[3]. Gdzie leży prawda? Nie wiadomo. 

Kolejna denerwująca sprawa to pisanie zagadkami. „Stanęłam w obronie Mamy, w rodzinie. Po prostu wycięłam wrzód na dupie, który ją zamęczał”[4]. Co właściwie zrobiła i kto zamęczał jej matkę, tego nie raczy wyjaśnić. Niech się czytelnik gubi w domysłach. 

29.04.2017

„Ta najważniejsza cząsteczka” Stanisław Benski


W warszawskim domu opieki mieszkają niewidomy Abram, hipochondryk Szmul, niespełniona poetka Salomea, schizofrenik Chaim, niedorozwinięty Lejzor, garbaty Chaskiel, umierająca Helena i Rywka, która utraciła nogę, wyskakując z pociągu jadącego do Treblinki. To właśnie oni są bohaterami większości opowiadań zawartych w tomiku „Ta najważniejsza cząsteczka” Stanisława Benskiego.

Choć akcja rozgrywa się kilka lat po wojnie, wielu Żydów z tej książki żyje przeszłością. Helena wciąż wspomina długie miesiące, kiedy ukrywała się w komórce bez okna. Odwiedzał ją wtenczas pewien mężczyzna. Przychodził, bo się w niej zakochał, czy może był nędznym szantażystą, próbującym wyłudzić pieniądze od pomagających jej Polaków? Bela z „Ciepła marcowego słońca” wciąż myśli o synu i żydowskiej dziewczynce, którą przygarnęła. Oboje zostali zastrzeleni przez Niemców... Abram wojnę spędził w ZSRR, skąd wrócił jako niewidomy. Spacerując Smoczą, dziwi się: dlaczego panuje taka cisza? Przecież ta ulica powinna tętnić życiem! Towarzyszący mu Chaskiel z litości nie mówi, że już nie ma pejsatych Żydów i wszystko wygląda inaczej. Niech Abram żyje złudzeniami, będzie szczęśliwszy. 

W „Pierwszym i ostatnim kliencie” autor ukazał dramat człowieka, który przebywał w getcie i lagrze. Cierpiał niesamowicie, a powróciwszy do Warszawy, zauważył, że kiedy mówi o obozie, ludzie nie rozumieją, nie dowierzają i nie potrafią współczuć. Leon czuje się więc bezgranicznie samotny. Wypowiada takie oto przejmujące słowa: „Często myślę, że łatwiej było przeżyć obóz niż wspomnienia o nim”*.

Dla odmiany Gabriel z opowiadania „Ta najważniejsza cząsteczka” lata okupacji spędził w Stanach i właściwie nie wie, co to getto, Umschlagplatz i strach przed Niemcami. Ogromnie się tego wstydzi. Ma wrażenie, że wykluczono go z grona polskich Żydów i pozbawiono czegoś, co jest dla człowieka najważniejsze. 

Bohaterowie książki są starzy, niepełnosprawni lub okaleczeni psychicznie. Ich uczucia, wspomnienia oraz próby przystosowania się do nowej rzeczywistości przedstawione zostały wnikliwie i z empatią. Opowiadania tak mnie zauroczyły, że natychmiast sięgnęłam po kolejną książkę Benskiego, czyli „Ocalenie”. Obie gorąco polecam. 

---
* Stanisław Benski, „Ta najważniejsza cząsteczka”, Czytelnik, 1982, str. 77.

13.04.2017

„Pożegnania” Juan Carlos Onetti



Do brazylijskiej miejscowości, w której znajduje się sanatorium dla gruźlików, przyjeżdża koszykarz. Jest skryty, małomówny i nie chce dołączyć do wspólnoty chorych, toteż szybko zaczyna drażnić wścibskich mieszkańców, a szczególnie felczera, pokojówkę i właściciela gospody. Niemal wszyscy próbują odgadnąć, w jakim celu wynajął willę, skąd ma tyle pieniędzy i kim są odwiedzające go dwie kobiety. Uważają, że starsza to jego żona, a młodsza – kochanka, i okazują tej drugiej potępienie. A koszykarz nie chce lub nie potrafi poradzić sobie z plotkami.

W „Pożegnaniach” próżno szukać wartkiej akcji, ale nie dla niej czytałam to opowiadanie. Najbardziej ciekawiło mnie śledzenie gry, jaką Juan Carlos Onetti prowadzi z czytelnikiem. Narrator, czyli właściciel gospody, sprawia wrażenie dobrze poinformowanego, jednak nie powinniśmy mu ufać. Już na początku informuje, że koszykarz nie wierzy w sens wyzdrowienia. Skąd to wie, skoro nigdy ze sobą szczerze nie rozmawiali? Potem snuje domysły na temat jego życia erotycznego. Podejrzewa na przykład, że za zamkniętymi drzwiami wynajętego domku dochodzi do wybuchów namiętności.

Kim był narrator dla bezbronnego gruźlika? Na pewno nie przyjacielem. Raczej natrętem pragnącym wydrzeć mu wszystkie tajemnice, pomimo że ten rozpaczliwie usiłował zachować prywatność.

Opowiadanie Onettiego jest świetne, ale ze względu na dużą liczbę niedopowiedzeń i niezasługującego na zaufanie narratora polecam je tylko osobom przyzwyczajonym do trudniejszej literatury. Trzeba przy nim trochę pomyśleć, określić chociażby, jakie relacje panowały pomiędzy dwoma mężczyznami, i odróżnić, kiedy narrator fantazjuje, a kiedy rzetelnie opisuje to, co zaobserwował.

Moja ocena: 5/6.

---
Juan Carlos Onetti, „Pożegnania”, („Los adioses”), przeł. Zofia Chądzyńska, Wydawnictwo Literackie, 1974.